środa, 27 kwietnia 2011

zu lange zu sagen

Żałosna się robię powoli dla samej siebie. Męczą mnie coraz częściej jakieś głupie wachania nastroju, dopada przedmaturalny stres i włączam do tego beznadziejną sytuację w głowie. Czas przestać zajmować się pieprzotami, bo za kilka dni układać będę sobie drogę na reszte zycia. Szkoda az myśleć co się stanie, jak powinie się noga. Prawda jest taka, ze jeśli komuś temat nie podpasuje to dupa jasna i po ptokach, bo na pewno poprawić łatwo nie będzie.

Powoli dochodzę do siebie mimo, ze mam "burdel w mej głowie, jak w damskiej torebce". Irytuje mnie brak literki alt+z

Zastanawiam się kiedy ponownie zachce mi się jeść, bo moja waga przy wzroście moze i mnie juz nie przeraza, ale przeraza mnie samo to, ze znowu i znowu nie jem. Moze to przez ten burdel, ale ja chyba sądze, ze to przez uświadomienie sobie jak wiele zalezy w moim zyciu od innych. Powoli a jednocześnie szybko muszę to zmienić.

Zakończenie roku 26maja. Tęsknię mocno juz za tym, ze na studiach nie będzie juz przychodzącego do mnie Michała, który mnie rozweselał. I którego dziś w myślach pierwszy raz nazwałam "przyjacielem". Nie powiem tego na głos nigdy...

Swoją drogą nie lubię tego słowa, w dzisiejszych czasach jest dla mnie bardziej sztuczne niz mniej. Nie lubię tez słowa "randka". Moze ze względu na to, ze nigdy na zadnej nie byłam. Zresztą "randka" to takie sztuczne filmowe słowo.

Dziękuję. Poddaję się. Nie umiem ubrać myśli w słowa.

niedziela, 10 kwietnia 2011

sobota, 9 kwietnia 2011

#7

Jestem... Podirytowana. Albo też poddenerwowana. Sama nie wiem już.

Zastanawiam się na czym polega okazywanie uczuć, jak budowane są związki, w których ludzie albo się kłócą, albo nie kłócą i i tak na dobre im to wychodzi, bo potrafią się z sobą dogadać. Pokazują sobie uczucia (bo przecież niektórzy umieją to robić! ŁAŁ!), pokazują, że im na sobie zależy. Ale jak to jest gdy tylko jedna strona się stara? Przecież ta starająca się strona może dostać w psychikę taki cios, który może zostawić ślad na kilka dni, miesięcy, lat i się choć odrobinę zabliźnić, lub może zostawić ślad na długie lata i nie znikać w ogóle. Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną jestem w rozsypce, której nie da się posklejać, nie da się w żaden sposób zakryć ran jakie mam na sobie. Ale na chwilę bardziej obecną i teraźniejszą jestem w jako takim amoku. Mam ochotę nazwać syna Dexter i być jego ojcem Harry'm (bądź matką Hariet'ą, bo na faceta nie wyglądam za bardzo).

Wiem, że zdarza się, że człowiek nie trafi na człowieka, że będzie wtedy niemiło. Wiem, że tak się dzieje. Jednak wyjaśnijcie mi proszę jak to może być tak, że jak jest związek dwóch osób, to jedna ciągle się stara, a druga myśli tylko o sobie? Nie rozumiem do końca egoizmu w związku. Nie rozumiem jak czasem można nie doceniać wielu rzeczy? Zresztą w ogóle nie rozumiem związków, które są "po raz któryś". Mam ochotę kurwa wstać i przyrżnąć głową w moją cudowną ścianę z cudowną tapetą.

Nie umiem racjonalnie zlepić myśli, bo mam ich w głowie za dużo. Przede mną są moje kody, moje zdjęcia do dokumentów, słuchawki, telefon, śmieci i w tym nasze zdjęcie... Oderwane od ludzi, którzy utrzymali mnie przy życiu, a my... My tak cudownie rozdarci. Nie między sobą nawet tylko na kawałki. Rozszarpani jak roszarpana w amoku kartka, list. Dokładnie. Jak rozszarpany w amoku list, który otrzymała kobieta po wojnie. Taka, która czekała na swojego męża, ojca swoich dzieci, która co dnia wyczekiwała go, a zamiast Niego przyszedł jakiś durny fagas i dał jej list, w którym zawarte były słowa jaki to był cudowny człowiek, jak wiele zrobił dla kraju i jak bardzo jej współczują. Pewnie te pieprzone listy wysyłane były w pieprzonych masowych ilościach i tylko podpisywane przez jakiegoś gupernatora czy chuj go wie.

Miłość jest czymś więcej niż słowami, niż pieprzonym spędzaniem ze sobą czasu. Jest okazywaniem podpory, pieprzonym okazywaniem skruchy gdy zrobi się coś źle. Zasraną oazą spokoju do której się chce wejść po zasranej burzy piaskowej.

Schudłam, zmalały mi cycki. Nic w tym by nie było złego, gdyby nie to, że teraz są takie brzydkie i obwisłe.

Chce mi się palić. Łole!

piątek, 8 kwietnia 2011

versauen!

Co bym zrobiła gdyby nie inni? Chyba bym wiecznie siedziała i płakała. Po co jednak siedzieć i płakać skoro można (uwaga! uwaga! werble!) cieszyć się! Mój pęcherz za chwile się na mnie wścieknie, a głowa nawrzeszczy tak więc chyba muszę sprawić żeby się uspokoiły bym mogła sklecić sensowne zdanie.

Jestem więc. Zbliża się 10kwietnia. Rocznica Smoleńska. Dziś w szkole odbył się apel z tego powodu, apel, który nie wiem czy doprowadzał mnie do rozżalenia czy rozzłoszczenia. Irytuje mnie już strasznie to wielkie 'halo!' wokół ludzi, którzy kogoś tam stracili. Nie dano im ani odrobiny chwili do przeżycia swojej żałoby w spokoju, bo na każdym kroku w wiadomościach jakichkolwiek ZAWSZE jakaś wzmianka o Smoleńsku. ZAWSZE coś. Ile można? Mnie już to irytuje mimo, że nie przeżywam tego tak bardzo. Szkoda mi tego, że to się stało, szkoda by mi było nawet jeśli by nie było tam takich ludzi jacy byli, bo są granice dobrego smaku. Są granice, które media przekroczyły niejednokrotnie w mijającym roku. Są strefy intymne ludzi, którzy chcieliby mieć już spokój od tego wszystkiego. Ludzie, którzy wypowiadali się w niedawno wyemitowanym "W milczeniu" sami już prawili, że mają dosyć, że teraz niech ich ludzie posłuchają, a nie mediów. I tak oto właśnie wiele spraw ujrzało światło dzienne. Śmię sądzić, że jeszcze wielu ludzi się ze mną zgodzi.

Mimo, że w sumie dużo nie napisałam i napisałam bezsensownie.

Mam ostatnimi czasy jakąś blokadę w głowie i próbuję ją ściągnąć. Mimo, że kurde mogę. Nie umiem.

Dziękuję - idę na Dexter'a.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

bezspornie? turn your head...

Siedzę i rozmyślam, że zamiast pisząc pracę maturalną biegam po pokoju i robię wszystko inne. Szukam jakiejś spokojnej piosenki, która mnie wprowadzi w nastrój jakiś inny niż myślenie. Wpadłam na Bjork - All is fill of love i marzę aby tak było na prawdę. Moje słowa, myśli i czyny ostatnio stają się dla mnie zbyt męczące i monotematyczne. Chciałabym aby moje szczęście do mnie wróciło, bo póki co chyba strzeliło sobie kulkę w gardło i padło (niczym Ziembiewicz, który zauważył, że nic pożytecznego w życiu nie zrobił). Nie wiem czy mam dziś ochotę na pocieszanie siebie, że będzie dobrze i przyklejanie sobie uśmiechu do twarzy. Póki co nie tęsknię za tym uśmiechem, poprostu siedzę i wiem, że będzie dobrze. Tylko dalej nie chce mi się leżeć, nie chce mi się palić, upajać alkoholem, próbować czegoś nowego. Pamiętam jak pisałam kiedyś o pozycji embrionalnej - chcę jej. Najchętniej wróciłabym tam skąd przyszłam, bo zaczyna mi się wydawać, że świat zaczyna mi się kończyć pod stopami z powodu mojego własnego lenistwa i niechęci do niektórych zmian. Może to ta dzisiejsza pogoda?

Bo w sumie... Czuję się dobrze, chce mi się cieszyć i wiem, że wystarczy, że tam w środku gdzieś między żołądkiem, a jelitem cienkim coś przekręcę własną siłą świadomości i zacznę się uśmiechać. Tylko jeszcze nie za bardzo znalazłam powód, siły i chęci aby to zrobić.

Tak, to zdecydowanie przez pogodę.

Bo po wylaniu żali nawet się uśmiechać zaczęłam :)