świadomość śmierci między sobą, a sobą jest zbyt wielka. świadomość, że ma się wkoło siebie wspaniałych ludzi jest nieadekwatna do tego co się dzieje. Nawet zgodność w najmniejszej kwestii z największym wrogiem pokazuje na jak beznadziejnej drodze się znajdujemy.
Potoczne "kurwa" gdy już nie wymawia emocji, a staje się tylko codziennym słowem - to już wołanie o pieprzoną pomoc w sprawach miłości/godności/emocji.
Usłyszenie "ale jak przyjdzie, to mu wpierdole" to chyba najcudowniejsze słowa, jakie mogą istnieć...
Usłyszenie od ważnych osób, że "kto umie mówić, że 'będzie dobrze' w najbardziej beznadziejnej sytuacji" czy też "kto umie uśmiechać się i pocieszać innych jak sam ma tragicznie źle?" to 100razy bardziej zmniejsza "beznadziejność" niż ją powiększa.
Śmierć niedołężnym kurwom i pederastom wobez dzieci i innym nieznanym psychikom ludzkim. Chyba sięgam dna... Niedługo nadejdzie czas się odbić, bo ile można się go trzymać czy też do niego dopływać? Stan nieważkości niektórych granic potrafi doszczętnie zabić resztki człowieczeństwa, które u mnie chyba już rozłożyły się na granice całego świata.
Dziękuję.