Ten deszcz, deszcz, bijący o szyby
Nienawidzę takich sytuacji, pieprzonych niedomówień. Nie znoszę świąt. Myślałam, że tegoroczne mogą był fajne, przyjemne. Z chłopakiem w mojej świadomości - że mam do niego za kilka dni iść, przytulić, pocałować. Oczywiście cała utopia w mojej głowie była tylko odskokiem od rzeczywistości, w której mój świat wali się na pojedyncze jednostki owego miasta w moim sercu.
Czemu kobiety myślą, że w związku wystarczy miłość? Czemu my jako płeć piękna często dajemy sobą gardzić? Nie mówię o wszystkich, w wielu związkach rzecz jasna to my jesteśmy właścicielkami spodni. Ja byłam taką raz, teraz trafiłam na noszenie małej czarnej na znak bycia szaloną, jednak uległą swojemu partnerowi. I takowy związek nie przetrwał. W sumie jeszcze istnieje, żadne z nas nie powiedziało "koniec", żadne nie stwierdziło, że definitywnie/nieodwracalnie mówimy sobie "cześć". Ale to się czuje. Nie jest jak kiedyś, nawet nie jest tak jak tydzień temu. Szkoda, bo myślałam, że to właśnie ostatni facet jakiego mogę mieć i mogę kochać tak mocno. Ujmę to tak - AŻ ŻAL DUPE ŚCISKA. Z racji kilku wspólnych zdjęć, milionów wspólnych wspomnień, niezliczona ilość wypowiedzianych "kocham cię" sobie wzajemnie. I czar prysł.
Nienawidzę świąt.