piątek, 24 grudnia 2010

Ten płacz, płacz, to wszystko na niby

Ten deszcz, deszcz, bijący o szyby

Nienawidzę takich sytuacji, pieprzonych niedomówień. Nie znoszę świąt. Myślałam, że tegoroczne mogą był fajne, przyjemne. Z chłopakiem w mojej świadomości - że mam do niego za kilka dni iść, przytulić, pocałować. Oczywiście cała utopia w mojej głowie była tylko odskokiem od rzeczywistości, w której mój świat wali się na pojedyncze jednostki owego miasta w moim sercu.

Czemu kobiety myślą, że w związku wystarczy miłość? Czemu my jako płeć piękna często dajemy sobą gardzić? Nie mówię o wszystkich, w wielu związkach rzecz jasna to my jesteśmy właścicielkami spodni. Ja byłam taką raz, teraz trafiłam na noszenie małej czarnej na znak bycia szaloną, jednak uległą swojemu partnerowi. I takowy związek nie przetrwał. W sumie jeszcze istnieje, żadne z nas nie powiedziało "koniec", żadne nie stwierdziło, że definitywnie/nieodwracalnie mówimy sobie "cześć". Ale to się czuje. Nie jest jak kiedyś, nawet nie jest tak jak tydzień temu. Szkoda, bo myślałam, że to właśnie ostatni facet jakiego mogę mieć i mogę kochać tak mocno. Ujmę to tak - AŻ ŻAL DUPE ŚCISKA. Z racji kilku wspólnych zdjęć, milionów wspólnych wspomnień, niezliczona ilość wypowiedzianych "kocham cię" sobie wzajemnie. I czar prysł. 

Nienawidzę świąt.

niedziela, 21 listopada 2010

Oh jeju, jeju, jeju. Jaka ja jestem szczęśliwa. Lubię komedie romantyczne w składzie których gra Diaz'ówka. A Diaz i Jack Black w jednym filmie jest już w ogóle magią nieprzezwyciężoną :)

I ściągam sobie oczywiście muzykę z filmu, inaczej nie przetrwam. Jeszcze muzyka z Sahary i miagia do potęgi n-tej. :) 

Sialala. 

Bujać to my panowie szlachta!

poniedziałek, 15 listopada 2010

Nie wiem. Wymagam za dużo? Stało się ostatnio co stało. Zmarł mi ktoś - życie. Trzeba żyć dalej, wiem, że ten ktoś już się nie męczy. Wypłakałam co miałam. Zastanawia mnie jednak zachowanie niektórych osób wobec mnie. Pisząc (tak. ubolewałam nad sobą i chciałam, aby ktoś mnie pocieszył. Nie umiem żyć z problemami sama.) do pewnych osób nie oczekiwałam, że zaczną mnie pocieszać, z niektórych strony była cisza, ale inna. Współczująca. Inni zwyczajnie postanowili ze mną pogadać, w miarę możliwości przytulić. Za to jestem serdecznie wdzięczna, szczególnie ze względu na to, że dowiedziało się bardzo mało osób. Takie rzeczy nie są do rozgłosu. Ale rozbiło mnie na części pierwsze zachowanie typu "przykro mi. a ja to ostatnio miałam taką przygodę...". Nie, nie jestem egoistką. Chodzi o to, że jak te osoby potrzebowały pogadać, pocieszenia potrzebowały, to ja kuźwa byłam zawsze, potrafiłam wziąć dupsko do góry i zjawić się u tych osób w mgnieniu oka. Byle nie były same. Teraz jedynie czuję żal, powalający smutek. I znowu grono ludzi, z którymi chcę, do których mam ochotę mówić - zmniejsza się. Do granic prawie zerowych. Nie wiem czy ja mam zbyt duże wymagania, czy mnie pogięło. Nie przejmuję się do końca tym wszystkim - przeżyję. To mi zostało. Poza tym? Mam serdecznie dość szkoły. Dość logiki myślących racjonalnie. Mam ochotę jechać nad morze, tego potrzebuję. Najchętniej usiadłabym nad brzegiem, wsłuchała się w fale. Wszystko co bym wtedy czuła jest mi znane, przeżywałam to masę razy. Tylko chyba nie wypada płakać przy wszystkich, z którymi zawsze tam jechałam? Uwielbiam przepełniający moje ciało jod, który rozpiera mój oddech do nieskończoności. Uwielbiam to... Oczywiście NIE MA Z KIM pojechać. Bo co? Z kim niby? Dostałam dziś od kogoś ofertę pojechania nad morze, jestem za. Ewentualnie rozklekocze nam się w połowie drogi samochód.

Miałam dziś uczyć historii. Póki co jakieś 10mint temu skończyłam robić prace na lekcje. Mam dość, proponowane oceny do 19tego. Będę mieć 1z historii! Nie umiem nic na jutro, a nie mam żadnej oceny. Cudoownie. W czwartek się do Marcina przejdę.

Jestem zakochana. 

sobota, 13 listopada 2010

Biorąc pod uwagę stan rzeczywisty umysłu, ciała, emocji. Jestem wrakiem człowieka posiadającym własny pogląd na otaczające go sprawy normalne jak i te mniej. Posiadam urojenia ciężkie do tłumaczenia komukolwiek. Lubię stan, kiedy mam ochotę być półnaga, mieć roztrzepane włosy, szklankę wina w ręce oraz papierosa w ustach, a w tym stanie spędzać czas przy odpalonym laptopie szukając słów opisujących mój nastrój. Świadomość to stan dla każdego inny, nieświadomość to stan dla każdego bardziej podobny. Nie lubię ludzi kręcących coś, nie lubię w ogóle jak ktoś próbuje sprowadzić mnie w kierunku dna mówiąc mi co mam robić, jak się zachować, jak żyć. Jestem za tym, że zapominają kim jestem, bo wydaje im się coś czego sami nie są pewni. Lubię słuchać rad, lubię radzić, ale w sposób taki aby był on z gracją, lubię jak ktoś mi się sprzeciwia, ma dobre argumenty. Chyba ostatnio nawet myślę...

Odejścia bliskich to największe straty na świecie.